RSS
niedziela, 19 października 2008
tak se...
16:26, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (17) »
środa, 30 kwietnia 2008
Powinien być tytuł, czyli napisy końcowe

Wszystkie książki kiedyś się kończą, oczywiście poza jedną opisaną przez Borgesa. Wszystkie filmy też, poza „Modą na sukces”. W każdym razie, wszystkie fabuły mają  początek, środek i koniec. I jak się już skończą, to czasem wzdychamy z ulgą, że właśnie się to stało, a czasem jest smutno i pojawia się ogarniające  przeświadczenie, że jeszcze za mało tej fabuły, że jeszcze nie wszyscy bohaterowie uśmierceni, nie wszystkie wątki zakończone.

Chodzi o to, że ta książka właśnie się skończyła. Skończyła się i już. Rzecz jasna, doświadczenie blogaskowe mówi, żeby nigdy nie mówić nigdy, bo pisanie wciąga, a poza tym ma właściwości terapeutyczne. Nie wiem, co będzie się działo dalej, może kiedyś powstanie jakaś opowieść np. nosząca tytuł „Socjopatyczne reaktywacje”, albo „Malkontenctwo – rewolucje” (mam nadzieję, że bracia Wachowscy nie pociągną mnie do odpowiedzialności za ten żart). Poza tym, prawo rynku mówi, że jak coś dobrze funkcjonuje na rynku, to warto pisać następną część, chociaż w tym momencie przypominają się obserwacje fificzne, świadczące o tym, że wszystkie kontynuacje napisane właśnie z tego, marketingowego, powodu, nie są warte funta kocich kłaków zmienianych na wiosnę.

Można by było teraz się pożegnać, podziękować, ale czy to konieczne? Zazwyczaj panowały tu: natłok słów, kaskady akapitów... Dlatego jedynie ścieram pył z podłogi piórami kapelusza. I tyle. Spis treści. Stopka redakcyjna. Okładka.

(...) wyspa jest bezludna,
a widoczne po brzegach drobne ślady stóp
bez wyjątku zwrócone są w kierunku morza.
Jak gdyby tylko odchodzono stąd
i bezpowrotnie zanurzano się w topieli.
W życiu nie do pojęcia.

(Wisława Szymborska)

11:37, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (71) »
poniedziałek, 31 marca 2008
Koty są przywiązane do miejsca, czyli zasada porządkowania świata

Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię?
Kto został bohaterem? Kto żył i umarł marnie?
Kto pierwszy został panem? Kto pierwszy został królem?
Kto musiał wstawać
wcześnie, a kto mógł spać za długo?
Stając zapatrzeni w obłoki i niebo
Zapatrzeni w tańcu, zapatrzeni w siebie
Wciąż niepewni siebie, siebie niewiadomi
Pytać wciąż będziemy, pytać po kryjomu

(Marek Grechuta)

Tak mi przyszło do głowy, bo obejrzałam własnie odcinek serialu... daję go sobie w nagrodę. Jakiś czas temu zobaczyłam forum, na którym dyskutowano zawzięcie o wyższości psa nad kotem, albo odwrotnie. I był tam nieśmiertelny tekst o tym, że koty przywiązują się do miejsca. Zaczęłam tropić Kluchę i okazało się, że owszem. Klucha też ma takie miejsce, do którego jest przywiązana. Znajduje się ono przy moim boku. Nawet, jak się jedzie samochodem, to Klucha najpierw wydaje się zajęta oglądaniem świateł, mijającego obok niej świata, ale na koniec mości się tuż obok i posapuje z przejęciem, łypiąc okrąglutkim oczkiem, a czasem nawet dwoma. Z doświadczenia wiem, że wywiezienie Kluchy kilkaset kilometrów w dowolne miejsce, skutkuje tym samym. Przywiązaniem do miejsca obok mnie. Zaprawdę powiadam Wam, że koty przywiązują się do miejsca. Podobnie jak teksty o kotach i psach lubię te o kobietach i mężczyznach. Takie z cyklu o Wenus i Marsie. A jakie są goryle? No... proszę nie udawać, wszyscy to wiedzą. Goryle są... we mgle. To jedno z możliwych skojarzeń i wprowadzające straszny bałagan. Nieprawdaż?

Zastanawiam się, co by było, gdybyśmy nawiązali kontakt z innymi cywilizacjami. Zaraz by było, że ci w kolorze słomy, to są mili, ale naiwni, zaś ci turkusowi są wredni i kłamliwi. Albo na odwrót. Oczywiście, porządkowanie świata jest zarówno wygodne, jak i konieczne. Gdybyśmy tego nie robili pewnie już dawno uleglibyśmy zagładzie. W końcu przechodzenie przez jezdnię jest porządkowaniem świata, aczkolwiek... tu rzecz jasna powołuję się na niedawne badania Sigismundy Filifionki, że jak się nie analizuje na bieżąco, to może się okazać, że to co uporządkowane, wcale takim nie było i nie będzie.

A gdyby go nie było? Gdybyśmy nie mieli tej umiejętności znajdowania podobieństw? No to byłoby po nas. Jak się nie odwrócić, zawsze dupa z tyłu. Przynajmniej tak wynika z porządkującego doświadczenia. Tylko, że to nas ogranicza, bo skoro widzimy zbiory „koty” i „psy”, to tak naprawdę nie widzimy kotów i psów, tylko stworzone fantazmaty, które obcinają wszystko to, co nie mieści się w koszyczku i wyłazi po bokach. Jak w takim razie, skoro tak bardzo lubimy porządek i jasność, mamy się nauczyć własnego gatunku? Że np. rudowłosi mogą, ale nie muszą być wredni? Oczywiście, niektóre z systemów porządkujących wypadają z obiegu i dziś już nie szukamy znamion diabła na ciałach ludzkich, by utopić i westchnąć z ulgą, że byli niewinni i nie zostali opętani, a ich dusza już wolna. I dobrze, ale zaraz pojawiają się następne, żeby nudno nie było.

Miesza nam się ten system porządkowania, bo słowa zmieniają swoje znaczenie. Jak wtedy, gdy wolność słowa może oznaczać już nawet anarchię, bo jakoś nie dostrzegamy zasad porządkowania wypowiedzi, uważając że wolno nam wszystko, co najlepiej widać na forach, gdzie dyskusja zawsze dojdzie do Hitlera, albo do tego, że czyjaś mamusia miała niepewną reputację. To też porządkuje. Najłatwiej. Bo na przykład, gdy napiszę:

- Jesteś głupkiem i masz wszy jak bobry

to odpowiedź z pewnością nie będzie brzmiała:

- Mylisz się, bo wszy w normalnych warunkach nie osiągają takich rozmiarów. A poza tym, dlaczego czynisz sugestię, że mam pasożyty?

tylko:

- A ty jesteś debilem, trzeba współczuć twojej matce, że cię nie wyskrobała.

Akcja, reakcja. To już dawno udowodniono, nota bene porządkując. Oczywiście można w tym miejscu zacytować Okudżawę, że jest jakiś porządek na świecie i ład... Tak, wiem, wiem, na każdych trzech głupich i mądrych jest trzech. Jedni rozmawiają ze sobą bez wrzasków i wyzwisk, a inni zaraz mówią o mamusi. Bywa. A co by było, gdyby obca cywilizacja przyglądała nam się i oceniała ludzi na podstawie wypowiedzi internetowych? Albo na podstawie programów telewizyjnych? Dyskusji na antenie? Właśnie ze względu, na podobne do naszych, potrzeby porządkowania? O rany... nie chcę być w naszej skórze. Przecież nie można wymagać od obcych, że złapią sobie na przykład redaktora Jana Turnaua (przepraszam), a on im spokojnie wyjaśni, że jesteśmy, jacy jesteśmy. A co by było gdyby złapali Jacka K., tego no... wiecie? Mamy przesraniuteńko, proszę mi uwierzyć na słowo. Rączka by im się z pewnością (o ile mają rączki) nie omsknęła na guziczku (o ile mają guziczki). Miejmy nadzieję, że są bardziej złożoną formą istnienia białka, albo czegoś innego, niż my. Jako wyjątkowo niegrzeczne białko, które ciągle kwestionuje część zasad porządkowania, jestem bezradna. W końcu porządkowanie nie jest złe, czasem. Jak na przykład mówi się dziecku, że kuchenka gazowa, żyletki i lekarstwa nie są odpowiednimi zabawkami. Gdyby nie było systemu porządkowania w nauczaniu małych ssaków, to populacja pewnie by wyginęła, bo na dodatek to białko jest wyjątkowo ciekawskie. Jak jakiś kot, albo bardziej. Jak wskazać, że część porządkowania jest dobra – nie wsadzaj spinki do włosów do kontaktu – i ma sens? A jak wskazać, że część owego sensu nie ma – rudowłosi są wredni? Skoro samo takie założenie powoduje zakwestionowania porządkowania? Dobra, jesteśmy inteligentni i damy sobie radę. Jasne! A koty przywiązują się do miejsca. I w tym momencie całe rozważania można zacząć od początku. A tak na marginesie, jak sądzicie, gdzie teraz leży mój kot i śpi tak mocno, że można go przewracać, jak szmacianą laleczkę?

Dobranoc Państwu, idę porządkować moje sny...

02:18, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (26) »
sobota, 29 marca 2008
Rozważania wieczorne, czyli o szyi człowieka, który nie żyje

Błąkać się w cudzoziemców, w nieprzyjaciół tłumie,

Ja śpiewak, - i nikt z mojej pieśni nie zrozumie

Nic - oprócz niekształtnego i marnego dźwięku 

W malkontenckim domu lubi się zbierać grzyby. To już Państwo wiedzą, ale dziś mi się coś przypomniało. Jako że malkontentki łapki nigdy nie nadawały się do prac precyzyjnych, podczas obierania grzybów kazano mi robić coś innego, na przykład głośno czytać wszystkim zebranym przy stole nad maślakami. Wtedy poznałam Ojca zadżumionych, Kordiana i frazę, która wbiła mi się pod skórę, która wydaje mi się, jak nie przepadam za tym poetą, za jedną z najpiękniejszych fraz poetyckich na świecie. A brzmi ona: szlachetna szyja Rylejewa. Są tacy, którzy lubią brzmienie słów: parapet, artefakt, przylaszczka, a ja uważam, że nie ma piękniejszych słów, niż właśnie ta „szlachetna szyja Rylejewa”, tylko trzeba to wymówić głośno. Oczywiście, ktoś powie dziwactwo, że można napawać się trzema wyrazami i to jeszcze w kontekście powieszenia. Jednakże chodzi o coś innego.

Zacznijmy od początku. Miałam pewnie z osiem lat. A może dziewięć, to chyba nieistotne. Moja pamięć niedoskonała nie szuka w swych zakamarkach, kiedy i jak się to stało, ale wówczas, niejako z zaskoczenia sama przeczytałam, że:

Wy, czy mnie wspominacie! ja, ilekroć marzę
O mych przyjaciół śmierciach, wygnaniach, więzieniach,
I o was myślę: wasze cudzoziemskie twarze
Mają obywatelstwa prawo w mych marzeniach.

Oczywiście wówczas nie zadawałam pytań, poza tymi oczywistymi: kto, kiedy, dlaczego? Kontekst poznałam nieco później. Znacznie szerszy, bo chodzi mi o list Puszkina, w którym domagał się on stłumienia powstania listopadowego w Polsce. Czy to wtedy właśnie nauczyłam się, że nic nie jest takie proste by porządkować świat na zasadzie biegunowych porównań? Nie mam pojęcia, ale, trzeba przyznać, że jest to ciekawe, jak poeta cierpiący za antycarskie wystąpienia, mógł nie zauważyć, że chodzi w sumie o to samo. I jemu. I nam. Po prostu nie zauważył. Nie skojarzył. Trudno. Bywa.

Mickiewicz zauważył. Że szlachetna szyja Rylejewa i dłoń Bestużewa są związane z tym samym, co te kibitki ruszające. I dlatego łączy w jedną całość, jedno z drugim.

Ta ręka i ta głowa zostały mi w oku,

I zostaną w mej myśli, - i w drodze żywota

Jak kompas pokażą mi, powiodą, gdzie cnota:

Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie,

Zapomnij o mnie.

Oczywiście, nie mam ochoty dokonywać tu streszczenia dla, potrzebujących wiedzy w formie skróconej, licealistów. Bo tu chodzi o coś innego. O to, jak lektury szkolne są dla nas mało ważne. Czytałam ostatnio na forum wypowiedzi internautów w sprawie rozruchów tybetańskich. I wedle niektórych, chodzi o grubszą prowokację amerykańską. Że to teraz, że właśnie to jest dziwne, a w ogóle, to jak protestować, skoro wszystkie towary chińskie. I tak dalej, i tak dalej. Nawet wymieniono chiński czosnek, że łatwiej i taniej można go nabyć, niż polski, a to wedle niektórych oznacza, że protest, jakikolwiek,  nie ma sensu. A to oznacza, że nie tylko lektur się nie czytało, ale także o tak znaczącej dla naszej cywilizacji postaci, jak Rosa Parks, się nie słyszało, że Gandhiego wspominać nie będę. Byłam na drugim roku, na świecie działy się rzeczy ważne, a ja w tramwaju ponownie czytałam o szlachetnej szyi Rylejewa. Ta szyja, która do hańbiącego przywiązana drzewa... Jak teraz napisać, w sposób, który nie będzie nieznośnie egzaltowany, że mamy pewne obowiązki? Wobec wszystkich? Nie jako Chrystus, czy Winkelried narodów, ale mamy obowiązki wobec wszystkich, jako ludzie? Że zapomnieliśmy? Zapomnieliśmy czasów, gdy

Car knutowładny w todze Rzymianina,

Wskakuje rumak na granitu ściany,

Staje na brzegu i w górę się wspina

i wygłaszamy zupełnie lekko teksty, których powinniśmy się wstydzić. Tak, jak pewnie wstydził się Puszkin tego listu do przyjaciółki, przepraszam, ale nie pamiętam jej imienia. Wystarczyło chwilę pomyśleć o tej szlachetnej szyi Rylejewa, tylko najpierw trzeba czytać lektury. Jak łatwo dziś się zapomina, prawie dwadzieścia lat minęło, i staje się tak łatwym odrzucenie w niepamięć tych wszystkich szyj.

Może płatnym językiem tryumf jego sławi
I cieszy się ze swoich przyjaciół męczeństwa,
Może w ojczyźnie mojej moją krwią się krwawi
I przed carem, jak z zasług, chlubi się z przeklęstwa.

Tak patrzę na frazy napisane przez poetę i wydaje mi się, że wszystko już zostało powiedziane, tylko trzeba sięgnąć do tego utworu, do innych, by zobaczyć, że na wolność trzeba sobie zasłużyć i ciężko zapracować. A dla przypomnienia sobie, jak ciężko ją dla nas zdobyto, warto głośno powiedzieć: szlachetna szyja Rylejewa... I watro ową frazę powtarzać bardzo często. Tak na wszelki wypadek. Dobranoc Państwu. A pochodzenia cytatów nie zaznaczam, bo wszyscy je znamy.

Tak czekają twej myśli - szatan i anioły;

Czy ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz;

A ty jak obłok górny, ale błędny, pałasz

I sam nie wiesz, gdzie lecisz, sam nie wiesz, co zdziałasz.

Ludzie! każdy z was mógłby, samotny, więziony,

Myślą i wiarą zwalać i podzwigać trony.

01:56, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (18) »
wtorek, 25 marca 2008
Ja tylko tak..., czyli o założeniu niezwykłości słów

Malkontentka donosi, że nadal dopadło ją niemanie czasu, które zakończy się dopiero w połowie następnego miesiąca, o ile nie rozpocznie się inny kataklizm. Jednakże chciałam się podzielić z Szanownymi Paniami i Panami refleksją dotyczącą krótkich wiadomości tekstowych, zwanych sms-ami.

W sobotę, gdy odwiedzałam malkontenckich rodziców, mój telefon zapiszczał, przynosząc wieści ze świata, a dokładniej mówiąc życzenia, o następującej treści:

Doznaj w te Święta wyjątkowego szczęścia, poczuj miłość Boga i opiekę aniołów, zrozum sens życia i potęgę rodziny, otwórz serce i wpuść ptaki nadziei tego życzy (załóżmy) Pimpka z rodziną”.

Zatkało mnie, a potem zaczęłam używać wyrazy. Różne wyrazy, na dodatek w obecności emerytki i byłego dziecka, czyli mojej siostry. W zasadzie można powiedzieć, że nic się nie stało, że Pimpka chciała dobrze, chciała mi złożyć piękne życzenia, liryczne i pełne zadumy w związku z misterium Triduum Paschalnego. Tylko jedno małe ale... Ja jestem niewierząca, a Pimpka o tym wie. Oczywiście nie mam zamiaru mówić, że został obrażony mój brak uczuć religijnych, jednakże poczułam się wyjątkowo niezręcznie. Mogłam napisać, że dziękuję i życzę tego samego, ale, proszę mi wybaczyć, to jest wbrew moim pryncypiom. Nie mogę życzyć jej tego, by poczuła miłość Boga...

Można w takiej sytuacji odpisać, że dziękuję i życzę wesołych świąt. Zazwyczaj tak robię, bo nie uważam całej sytuacji za powód do nadymania się i jakiegoś konfliktu. Jednakże w tym wypadku, mam wrażenie, że może chodzić o dwie sprawy, bowiem po jednym z poprzednich sms-ów podobnej treści, przy spotkaniu dokładnie wyjaśniłam, że jest mi miło, ale jednocześnie trochę niezręcznie. Dodałam, że byłabym wdzięczna za mniej religijną formę wypowiedzi. Starałam się być wówczas delikatna, bo zdaję sobie sprawę, że wiara i religia to sprawa osobista i z butami oraz wrzaskami nie należy w to wchodzić.

Wynik? Ano widoczny. Kolejny sms... Zdaję sobie sprawę z misji ewangelizacyjnej, ale po proteście, sprawa powinna być prosta. Ja szanuję Twoje zasady, a Ty daj mi spokój. Mogę sobie czcić każdego dowolnego boga i jedynie proszę o zrozumienie tego prostego faktu. Czy gdybym była muzułmanką, tez bym dostała takie życzenia? A gdybym była buddystką, shintoistką, Świadkiem Jehowy, wyznawczynią Ra? Pewnie nie. Chociaż mogę się mylić.

Ciekawa jestem też czegoś innego. Dlaczego nie dostaję smsów z życzeniami od ludzi, którzy wyznają inne religie? Odpowiedź? Oni nie zakładają, że ich święta mnie dotyczą w sensie religijnym. Owszem składamy sobie życzenia z kolegą na Chanukę, ale robimy to tak samo, jak mówimy po prostu: Wesołych Świąt Bożego Narodzenia. Ot, po prostu, kulturowy gest, nic więcej, bo miło jest świętować. Jednakże miłość boża, opieka aniołów i inne... to już przesada. A co do sensu życia, to znam jeden, ten według Monty Pythona i proszę mnie nie zmuszać, bym się zastanawiała nad innym.

Czyli, wracając ad rem, czyżby ateiści byli postrzegani przez część chrześcijan (i jak na razie nie mam żadnych danych, by włączać w to wyznawców innych religii), za bezuczuciowe przedmioty? Pierwszy z powodów, o których pisałam, to brak empatii. Zdarza się, bywa i trudno, widocznie trzeba mocniej zaakcentować, w sposób asertywny, swoje poglądy. Dobitnie wyrazić swoje poglądy, rzecz jasna bez rozwalania krzeseł i trzaskania porcelany, a także używania wyrazów znamionujących brak szacunku. Może się uda... A może nie.

Udać się nie może w drugim przypadku, gdy ateista nie jest traktowany jak osoba. Zaraz mam skojarzenia z nie-osobą u Orwella, ale nie o to mi chodzi. Raczej o to milczące założenie i milczące przyzwolenie, że nic złego się nie dzieje, gdy głosi się religię miłości. Że jesteśmy Polkami i Polakami, a na tej ziemi, powszechnym jest katolicyzm i jego obrzędy. Owszem. Żeby nie było, to ja nie mam nic przeciwko. Proszę wyznawać z całych sił, z całej duszy swojej i z całego serca swego, ale bliźniego proszę kochać tak, jak siebie samego. A miłość powinna wyrażać się delikatnością wobec tego drugiego. Zrozumieniem jego potrzeb, motywacji i o ile nie są niezgodne z prawem, to zostawić w spokoju. Wedle Soboru Watykańskiego II (o ile mnie pamięć nie myli), proszę się nie martwić o moje zbawienie, bo nie musi ono dokonać się w łonie kościoła.

Znając konsekwencje zakładu Pascala, dokonałam wyboru. Nikt nie musi go szanować, wystarczy, że przyzna mi prawo do tego. Czyli znów wracamy do tolerancji. Ten sms, dla mnie, jest dowodem jej braku.

Ktoś może powiedzieć, że sprawa nie jest istotna. Otóż, z mojego punktu widzenia – zdecydowanie jest. Bo co by było, gdybym w przeddzień Świąt Bożego Narodzenia wysłała smsy o treści: Niech Mitra wprowadzi zgodę do Twego domu, niech obmyją Cię jego ożywcze płomienie. Tak jak on ujarzmił byka tak Ty bądź niezłomny/a w swych zamiarach i postanowieniach. On jest najlepszą prawością i naśladuj jego dzieło, tego Ci życzy malkontenka.

No i? A na Wielkanoc też miałabym kilka pomysłowych sms-ów. Na przykład coś o święcie Jare. Proszę mnie do tego nie zmuszać, bo w końcu to zrobię i będzie wielki skandal. A to wszystko dlatego, że zostałam niecnie sprowokowana. A wystarczyłoby: Wesołych Świąt, życzy Pimpka. Brak konsekwencji? A może uczestnictwo w kulturze? Nawet jeśli pewne słowa wydają nam się oczywiste, to wystarczy założyć, że takie nie są. Tyle wystarczy. Tylko tyle, czy aż tyle?

PS. A teraz z innej beczki. Otóż będzie jeszcze zima. Duży żółty pies wyszedł z budy i zamknął oczy, a to oznacza przez najbliższe dwa tygodnie chłód i nawet śnieg. Niestety. Przepowiednia jest tak samo ważna, jak ta świstaka Phila z Punxsutawney.

  

16:19, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (29) »
wtorek, 18 marca 2008
Doktor Sigismunda Filifionka mówi o etnografii, czyli w sprawie Wandy i niejakiego Niemca, ale jedynie z pozoru...

Na jižní straně je vysoká hora a ta se snižuje k veliké řece. Tam když přijdete, najdete muže, jak vyrábí ze dřeva práh. Od tohoto prahu pojmenujte toto místo Praha. I knížata a lidé silní jako lvi se sklánějí ve dveřích, aby do nich nenarazili hlavou, stejně mocný bude i hrad, který se tam postaví. I jemu se budou klanět králové. Tento hrad bude první a největší v naší zemi a všechny ostatní hrady k němu budou vzhlížet, protože tam bude sídlo králů. I město rozprostřené okolo tohoto hradu bude pýchou našeho národa.

(Kosmas z Pragi)

Dedykowane mojej Sąsiadce, miłośniczce Bohemii...

Dobry wieczór Państwu. Nasza nieoceniona badaczka sięgnęła do legend fundujących tożsamość polską oraz czeską i objaśnia, co następuje. Mamy dwie legendy: o Krakowie i o Pradze. Wyglądają bardzo podobnie, zwłaszcza z pozoru, jak ten wróbelek, co miał dwie nóżki, a zwłaszcza lewą. Wersja krakowska: Krak ma córkę Wandę, która się topi, bo nie chciała Niemca. Smoka  w międzyczasie zabijają.

Wersja praska: Krok, ma córkę Libuszę, która ma wizje przyszłości, wybiera sobie sama męża – Przemysława Oracza, rodzi synów i córki, potem Libusza każe szukać człowieka, który robi próg i zakłada w miejscu jego znalezienia miasto, happy end. Dynastia Przemyślidów ma się dobrze. Wszyscy jedzą bramborowe knedliki i piją piwo.

Czy to nie jest dziwne? Czy Państwo widzą różnicę? W wersji polskiej mamy łzy, krew, pot, śmierć, rozpacz i wzdęte brzuchy topielców oraz wypatroszonego smoka, a w tle wroga, Niemca. W wersji czeskiej optymizm, feminizm, rodzą się dzieci, jest fajnie.

I tak jest zawsze. Czy wygraliśmy jakieś powstanie? A i owszem, ale kto o tym pamięta? Za to czarny kir na krucyfiksie w Katedrze na Wawelu stoi nam przed oczyma, wespół w zespół z obrazami Grottgera. Mówimy: ja jestem milijon, bo za milijony kocham i cierpię katusze, zamiast sprzedać jakiegoś kundla, albo rzucić niezobowiązująco, jak jednoroczny ochotnik Marek, na widok żon generałów zajmujących się działalnością filantropijną: „nachalne są te kurwy i zuchwałe”. Nie chodzi mi o to, że Czesi są niepoważni, tylko o to, że chyba znają umiar. Patrząc na przykład na życiorys Havla, czy Martiny Kubišovej można dostrzec, że nasze losy są wspólne, ale niekoniecznie od razu trzeba się palić z siennikiem, jak Karol Levittoux[1]. Chociaż, z drugiej strony, zaraz ktoś mi powie, że miał chłopak niezbyt polskie nazwisko, a jak nazwisko, to nie wiadomo co z jego pochodzeniem, czy to był prawdziwy Polak, a może to jakaś woda na młyn odwetowców z Bonn, albo skądinąd, bo jak wiadomo na nas wszyscy dybią. W związku z czym przykładem być, taki Levittoux, dla młodzieży szkolnej nie może. I sprawa zaczyna się komplikować. Jak zawsze, niestety, właśnie komplikacje i cierpienie są naszym znakiem towarowym.

Początki mamy wspólne. Krak i Krok, każdy ma po córce. Wanda i Libusza zaczynają w tym samym miejscu, są księżniczkami (dodać należy, że Libusza ma jeszcze dwie siostry, ale o nich przy innej okazji). Libusza działa, bawi się, chodzi na randki, a Wanda? Robi spektakularne: chlup... Bo jej się chłopak nie podobał. Zamiast wygonić w kibini mater, jak z pewnością zrobiłaby to Libusza, to popełnia samobójstwo i naznacza łatwością cierpienia swych rodaków, którzy od dnia jej skoku są melancholijni, uważają się za wyjątkowych, cierpią z godnością, a także ciągle mówią, że zrozumieć ich kultury nie sposób. Na dodatek są z tego dumni, że tacy osobni, że wyjątkowi, że przedmurze stanowią.

Jedni są „silní jako lvi”, a my? Chrystusy narodów. Tak, jakby reszta nie mogła sobie męczeństwa we własnym zakresie załatwić, tylko zawsze my. Mamy umowę podpisaną, czy co? Z marsową miną, z przeczuciem nieuchronnej zagłady, w otoczeniu wrogów, którzy czyhają na nas za każdą granicą, czając się zarówno znienacka, jak i znacka. Od czasów Wandy, zamiast wyluzować i się zabawić, naśladujemy jej beznadziejny wyczyn. Libusza dba o jakiś głupi próg, a my trujemy smoka siarką. Ona podrywa przystojnego i muskularnego Oracza, a Wanda wyłazi na mur i skacze do Wisły, zamiast znaleźć gościa, z którym zaznałaby trochę rozrywki, a i dynastię przedłużyła. Co po Wandzie? Nie wiadomo. Egoistka miała w nosie poddanych, hycnęła do rzeki, z powodu urażonej ambicji, że chłopak nie mówił w języku Mickiewicza i Słowackiego, tylko bredził: Mehr Licht, a na dodatek był protestantem. A Libusza? Poradziła sobie. Narzeczonego nie było, to sama sobie znalazła. Nie narzekała, nie rzucała się w odmęty, do roboty się wzięła. Nie szukała księcia z bajki, nie zadzierała wysoko nosa, nie opowiadała, jak to miała pod górkę do szkoły. Nic z tych rzeczy. Zajęła się własnymi sprawami i dobrze na tym wyszła. Zaczynaliśmy podobnie. Było dwóch władców, a każdy z nich miał córkę. Po owocach ich poznacie, jak napisano w świętych pismach. A owoce jakie? Nasza badaczka wzrusza ramionami, bo jej się gadać nie chce.

Bo ma jeszcze na podorędziu nieszczęsną Klarę Zach (Węgierkę, co dziś mi jeden z czytelników uświadomił - w związku z czym, to nie Libusza, a badaczka obiecuje w przyszlości zająć się też legendami węgierskimi), która zhańbiona została, a jak zaczęła wrzeszczeć, że jej się nie podoba i z krewnymi rozróbę zaczęła, to co się stało? Próbowała dziewczyna jak Libusza, walczyć o swoje. To jej nos ucięli i w klatce wozili. A za czyją sprawą? Kazimierza zwanego Wielkim, który zostawił Polskę murowaną, ale swojego rozporka w spokoju zostawić nie umiał. I zamiast na świat powoływać małych Piastów w dynastii silnej, to wolał Czeszkę niewolić. Też nie pomyślał. Tak samo, jak Wanda. Tak samo jak Wanda popędliwy był i niespokojny. A ponadto zbyt prędki do działania, bez chwili zastanowienia się. I nasza badaczka nie ma pojęcia, czy to cecha narodowa, a może owsiki?

I z tym niezwykle ważkim pytaniem pozostawia Państwa, do następnego wykładu...



[1] Nasza badaczka wie, o tym, o czym Państwo w tym momencie pomyśleli.

13:46, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (28) »
piątek, 14 marca 2008
Dyskryminacja codzienna, czyli otwórz oczka Śpiąca Królewno

A kiedy będziesz moją żoną,
umiłowaną, poślubioną,
wówczas się ogród nam otworzy,
ogród świetlisty, pełen zorzy.

Rozwonią nam się kwietne sady,
pachnąć nam będą winogrady,
i róże śliczne, i powoje
całować będą włosy twoje.

(Kazimierz Przerwa-Tetmajer)

http://www.filmweb.pl/Film?id=1172

http://film.onet.pl/10080,,M%C4%85%C5%BC_swojej_%C5%BCony,film.html

http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=7681

Kilka dni temu przejrzałam internetową dyskusję toczącą się na gazetowym forum, niejako na marginesie Dnia Kobiet i organizowanych w miastach manif. I kilka głosów mnie zastanowiło. Mniej więcej piszące tam osoby wypowiadały się w stylu: a mnie nie dotyka żadna dyskryminacja, jak kogoś to spotyka, to niech się nad sobą zastanowi. No i super, jeśli nie dotyka, to jest świetnie, życzę wszystkiego najlepszego. Mnie tam na ten przykład dotyka, w mechanizmach językowych, które nawet nie dotyczą bezpośrednio mnie, ale wskazują na pewien stereotyp myślowy.

Dziś podczas przerwy w pracy dorwałam jakieś pisemko z 6.03.2008 r. Co w nim czytam? Na pierwszej stronie zajawka tekstu: „Sąd z Kulczykiem w tle”. O czym mówi tekst? O tym, że pani Kulczyk kupiła od miasta (Poznań) posesję, na której ustawiono „Stary Browar”. Sprawa nie byłaby interesująca, bo sąd już się wypowiedział i wyrok zapadł (prezydent miasta winny), gdyby nie tytuł. Z tego co wiem, to Pani Kulczyk ma swoje interesy, a Pan Kulczyk swoje. Tytuł sugeruje, że będzie mowa o Kulczyku, a nie o Kulczykowej. I co? Ano właśnie. Tu jest sedno, tu Hund jest begraben. Na marginesie, to w ogóle ten tytuł ma się nijako do treści, bo artykuł jest o prezydencie Poznania. Jednakże trzeba zainteresować czytelniczki i czytelników. Nieprawdaż? To sensacyjnie ubarwmy opowieść, wstawiając mocne medialnie nazwisko, jak zrobiła to autorka tekstu.

Zacytujmy pierwsze zdanie tekstu wzmiankowanego artykułu: „Chodzi o grunt, na którym dziś stoi Centrum Handlowe Stary Browar należące do żony Jana Kulczyka Grażyny”. No to należy do NIEJ, a nie do NIEGO. To skąd, do jasnej Anielki, w tytule ten nieszczęsny Kulczyk? Czyż tytuł nie powinien brzmieć: Sąd z Kulczykową w tle, albo sąd z panią Kulczyk w tle? Niby rozumiem, bo sam Kulczyk znacznie bardziej medialny od żony i artykuł, chociaż dotyczy prezydenta Poznania, lepiej brzmi, jak nazwisko znanego człowieka będzie miał w tytule. Niby to jasne, ale nie do końca, bo „Stary Browar” ONA kupiła, a nie ON. Może się czepiam, ale dla mnie, filolożki i feministki, to wyraźna różnica.

Kobieta ma pieniądze, inwestuje, zarabia, ale co by nie zrobiła zawsze będzie żoną „TEGO” Kulczyka. Przypomina mi się film o mężu Fołtasiówny, ale to jedynie pobożne życzenia. A może raczej, wyłaniający się podświadomie strach przed sytuacją, gdy żona jest równie ważna co mąż? Tak nieprawdopodobna sytuacja, obśmiana, no bo jak?

Mnie często tytułowano panią „ełową”, ale mojego męża jakoś malkontenckim się nie zdarzyło (poza jednym wypadkiem w urzędzie, gdy pytano o jego panieńskie nazwisko). Co ja się dziwię, skoro jedna z najbogatszych (i bardzo wpływowych) kobiet w Polsce jest postrzegana przez pryzmat własnego męża. I nawet jeśli sprawa dotyczy jej centrum handlowego, to i tak w gazecie męża wspomną.

Ciekawy przejaw myślenia rodem z XIX w., gdy kobieta była dopisywana do paszportu męża i transportowana przez granicę niby tłumoczek. Pani Kulczyk mogłaby na Mount Blanc wyjść i czytać tam „Kordiana”, mogłaby wyżywić wszystkie dzieci Darfuru, a w gazecie i tak byśmy przeczytali, że „Darfur/ Mont Blanc z Kulczykiem w tle”.

Nie przeszkadza? Nie dotyka? To nie jest dyskryminacja? Dla mnie jest. Może mnie nie dotyka bezpośrednio, bo nie mam nawet małego kiosku warzywnego, o centrum handlowym nie wspominając, ale nie w tym rzecz. Pytanie brzmi raczej: Kiedy kobieta staje się podmiotem?

Oczywiście, jednym to przeszkadza, a innym nie. Zaraz można usłyszeć argument, że w końcu jak się na męża, to się go człowiek wstydzić nie powinien. Fakt. Jednakże tu nie o męża chodzi, in personam oraz in extenso, ale o zależność gramatyczną, o sposób myślenia, o codzienną zwykłą praktykę, bycia dodatkiem. Bez względu na to, co się samej osiągnęło. Kiedyś napisałam, że będę zadowolona wtedy, gdy normalnym stanie się zdanie: „moja mama ma Nobla z fizyki, a mój tata pracuje w przedszkolu”. Gdy to zdanie nie będzie powodowało zdziwienia, zaskoczenia. Gdy będzie jednym z wielu możliwych zdań. Tak samo zwykłym, jak każde inne.

Oczywiście nie zmuszam nikogo, do tropienia dyskryminacji płciowej w strukturach gramatycznych, w języku, w stereotypach dziennikarskich. Jeśli ktoś nie widzi, jego sprawa. Ja widzę i wkurza mnie to. Dyskryminacja nie zawsze oznacza bicie, mniejszą pensję, niższą emeryturę. Może przejawiać się w zdaniu zupełnie, z pozoru, niewinnym. A ile takich zdań wypowiadamy codziennie?

01:28, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (51) »
środa, 12 marca 2008
O naturze ludzkiej, czyli posiadanie w perspektywie mocno ograniczonej czasowo

Wtedy paloną kawą pachniało w kredensie,
A zimne, świeże mleko, jak lody wanilią.
Kiedy się, mrużąc oczy, orzeszynę trzęsie,
Po gałęziach w olśnieniu pędzi liści milion.
(...)
I wszystko to w ognistej pamięci dziś błyska,
Ciska się małe, szybkie, gorąco, daleko...
I szczęście pachnie kawą. I chłoniesz je z bliska.
A chłód w pokoju sączy waniliowe mleko.

(Julian Tuwim)

W Stumilowym Lesie pojawił się dzik. Zwierzątka przestraszone pryskały w krzaki, a dzik tupiąc głośno szedł jak burza do domku Puchatka. Zapukał i usłyszał wystraszone: kto tam? Odpowiedział spokojnie: To ja Puchatku, Prosiaczek, wróciłem z wojska. Usłyszany dowcip staje się metaforą. Metaforą zmian. Nie chodzi tu o wiosnę, która jak na razie skrada się chyłkiem i pozostawia nas na pastwę smuteczków czasu przesilenia. Nie chodzi o plany zakupienia dużej ilości ziemi – rzecz jasna w workach – i zasadzenia nowych okazów na balkonie kuchennym. Nie chodzi tu także o bezproduktywne i zgoła bezpłodne wzdychanie na temat niegdysiejszych śniegów, czy nad paniami minionego czasu.

Zmiany pojawiają się znienacka. Niektóre niepostrzeżenie wnikają do malkontenckiego życia stając się normą, usadawiają się wygodnie i aż trudno sobie wyobrazić, że jeszcze niedawno ich nie było. A pojawienie się niektórych zmian wydaje się poprzedzone hałasem trąb i bębnów, wystrzałami armatnimi oraz wrzaskami gwałconych i mordowanych.

Tegoroczną zmiana jest, rzekłabym, modernistyczna. A może freudowska? A może romantyczna? Wystarczy dać mi słowo, a czasem wystarczy zwykły znak przestankowy, ale wystarczy jedno słowo, by nie była uzdrowiona dusza moja. Słowo wystarcza bym utknęła w jego meandrach i tajemnicach. W każdym razie obecna miana przejawia się brakiem i nawałem. Czyż nie brzmi to na miarę Sturm und Drang? Prawie brzmi, ale jak wiemy to słowo „prawie”... No właśnie!

Modernistyczny brak w malkontenckim wydaniu nie jest dekadenckim gestem rozpaczy, ale prozaicznym brakiem czasu. Jednakże, czy malkontentka mogłaby napisać: zachrzaniam jak dziki wół? Tu puszczam perskie oko do wirtualnego czytelnika, przyzwyczajonego, że właśnie w tym miejscu, przypisanym do tego adresu, skojarzenia i wynikające z nich zdania mnożą się z szybkością króliczej kopulacji. A więc brak... i cała masa skojarzeń. Nie zwykły brak czasu, poza tym jak mogę odczuwać brak tego, czego nie posiadam? To takie ludzkie, niesłychanie butne stwierdzenie: nie mam czasu, brak mi czasu, tracę czas.

Jakże mogę go mieć? Czy schowam go do sakiewki? Czy mając go, dysponuję nim dowolnie, to zatrzymując, to puszczając w ruch? Znów język wyraża pragnienia, których może trzeb by się było wręcz wstydzić?. Od przewrotu kopernikańskiego nadal mówimy, że słońce wschodzi, zachodzi i wydaje nam się, że dzięki temu stwierdzeniu stoimy niewzruszeni niczym opoka. A jednak się kręci, a my udajemy, że wcale nie. I tak samo jest z czasem. Mam czas, nie mam czasu. Proste stwierdzenia ukazujące naszą butę wobec perspektywy śmierci, wobec wielkiego wybuchu, wobec dinozaurów, wobec Leonarda da Vinci.... I tak dalej.

Wiem, wiem, brak mi czasu – nie można się dziwić, wszak tak mało go mam do mojej dyspozycji. Strzelenie palcami i już mnie nie ma – a Tamiza płynie nadal, a stare miasto w Brugii stoi, nawet rozsypujące się ze starości Góry Świętokrzyskie nadal trwają. No właśnie, a to oznacza, że wcale czasu nie mam, czasu nie posiadam, bo jak mam paczkę żelkowych misiów, to nad nią panuję. Zeżrę, albo nie. Mogę ją komuś dać, mogę zachomikować w szufladzie. Mogę.

A co ja mogę, jeśli chodzi o czas? Jak nad nim panuję? Mogę udawać, że to ja jestem władczynią. Nie będę pracować, tylko pójdę do kina, na piwo, będę w parku szukać śladów wiosny. Bo mogę. Owszem, to mogę, ale czas upomni się o swoje. Bez względu na to, jak będę go unikać. Sekundy są nieubłaganie odmierzane. Nawet nie chodzi o czasochłonność zadań, które malkontentka wykonuje. O! Znów ładne słowo: czasochłonny. Czas pochłania mnie, moje działanie, moje komórki. A może wystarczy nasmarować zegary masłem i udać się „down the Rabbit-Hole”, gdzieś, gdzie upersonifikowany czas nie będzie stał nade mną, jak Królowa wrzeszcząca, że zasłużyłam na ścięcie głowy?

Och, nie chciałabym, żeby niniejsze rozważania były potraktowane jako popiskiwanie użalającego się nad swoim nieszczęściem wyrobnika literek. Z perspektywy czasu, jasnym jest, że nic nie trwa wiecznie, przeminęli, zarówno Hammurabi, jak i Dariusz, Πάντα ε κα οδν μένει, jak zauważył dość sprytnie Heraklit. Oznacza to, mniej więcej fakt, że bez względu na teraźniejszy brak i nawał kiedyś nastąpi, gdy upłynie odpowiednia ilość czasu, nastąpi słodkie spijanie nieróbstwa. Bez względu na zagmatwaną strukturę czasu, na jego chęć zapanowania nad naszym jestestwem: Follow the white rabbit...

Ewentualnie, za szarym kotkiem, bo o tym, że koty panują nad czasem opowiem Państwu przy innej okazji. Do zaś, za jakiś czas...

21:00, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (8) »
czwartek, 06 marca 2008
Równi i równiejsi, czyli kto może zamówić mszę

nieruchoma naga i plastikowa
mogę zrobić z tobą to... to co chcę
mogę cię odpychać i... i całować
mogę opowiadać ci zły sen
takie same usta masz rozchylone
takie same dłonie wciąż koją mnie
w otwór w plecach wpuszczam ci ciepłą wodę
jesteś żywa bądź tak... tak chcę

(Republika)

http://www.rp.pl/artykul/100805.html

http://www.rp.pl/artykul/101908.html

http://www.rp.pl/artykul/20,101399.html 

Sprawa wygląda tak. Prezydent Olsztyna jest oskarżony o czyny nieobyczajne, czyli mówiąc prościej o molestowanie seksualne, gwałt i wykorzystywanie stanowiska. Czy jest winny, czy nie, wypowie się sąd. I nie o tym ja chciałam...

Ksiądz odprawił mszę w intencji domniemanego winnego, a w intencji domniemanych ofiar sobie nie życzy. Na dodatek mówi o tym, żeby „głos sumienia nie został zagłuszony wrzaskiem tłumu”. Czyli proboszcz już wie, kto winny, a kto niewinny. Oczywiście można sprawę skomentować tak, że ksiądz jest znajomym prezydenta i „bliższa koszula ciału”, co w przypadku oskarżenia o przestępstwo o charakterze seksualnym śmiesznie brzmi, ale tak właśnie jest.

Można też rozszerzyć nieco sprawę poczynając od doniesień z Wysp Brytyjskich, gdzie co jakiś czas aresztują jakiegoś chłoptasia, co podszczypuje i podmacuje, a ten się tłumaczy, że w Polsce tak właśnie jest i on nie widzi w swym postępowaniu niczego nagannego. Nawet dziś czytałam wypowiedź jakiegoś policjanta z Anglii, który się zastanawiał, czy swobodne obyczaje mieszkanek Anglii, Szkocji, Walii i Irlandii nie wprawiają Polaków w oszołomienie, bo interpretują je niezgodnie z intencjami nadawczyń. Bobby dawał do zrozumienia, że u podstaw leży odrębność kulturowa i nieczytelność zachowań. Myślę, że policjant miał rację, bo Brytyjki nie są przyzwyczajone do tego, że jak chodzą w mini, to wolno je za pośladek łapać, a jak mają duży dekolt, to przypuszczają, iż nie jest to miejsce do wsadzania łap, tylko na przykład miejsce do wiszenia naszyjnika. Jednakowoż ten odsetek emigracji, co się zachowuje, jakby pościł seksualnie przez lat sto i dni trzy, mówi nam coś o społeczeństwie, a raczej jakiejś jego części. O zachowaniach tej grupy na płaszczyźnie damsko-męskiej, u którego podstaw leży przedmiotowe traktowanie kobiet. I przyzwyczajenie, zgoda na takie postępowanie, manifestująca się chociażby niezgłaszaniem przemocy domowej na policję, co znów budzi zdumienie i powoduje frasunek angielskiego policjanta. Taka specyfika, ktoś powie, ale zdziwienie zostaje.

Różni ludzie jeżdżą na Wyspy, nie tylko tacy, co lepkie łapy mają, ale fama poszła w świat. I to nie taka, jak po drugiej wojnie światowej, że lotnicy polscy są wyjątkowo romantyczni, że kwiaty przynoszą, że w rękę całują i przez drzwi przepuszczają, że dobrze wychowani, że wytworni. Szkoda... Ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi...

Jak Teresa Rokicka-Morabet chciała w Olsztynie za kobiety molestowane przez prezydenta mszę zamówić, to się nie udało. Jak na skargę poszła, to usłyszała, że powinna przyjść po cichu: „ze skarga należało przyjść po cichu, bez obecności mediów”. Znaczy – masz bayła głośna, ale skarga ma być cicha. Jasne. I mnie się to składa. Tak jakoś z Dniem Kobiet w tle. Rajstopy, nieśmiertelny goździk, czy teraz częściej tulipanek – raz do roku, jeszcze z przypomnieniem, że mężczyźni żadnego dnia nie mają. Otóż, ośmielę się nie zgodzić, niektórzy mają – 365 dni w roku. Prawa i przywileje.

Jedni takie, że za tyłek chcą łapać kiedy chcą i kogo chcą, a drudzy będą ustanawiać prawo, komu wolno zamówić mszę, a komu nie. Dlaczego domniemane gwałcone są gorsze od domniemanego gwałciciela? Ano, z prostego powodu – bo zostały zgwałcone. A tego im robić nie wolno. Kobieta powinna być czystą, bo jest nosicielką grzechu pierworodnego. Skoro ją już taka kara dotknęła przy narodzeniu, to powinna nogi razem trzymać, ubierać się jak zakonnica, walczyć o swoją cnotę, a jak siłą ktoś weźmie, to grzecznie milczeć. A już, niech nas bogowie Olimpu bronią, żadnej mszy nie powinny zamawiać. Ani one same, ani żadna inna kobieta. No bo co by to było, gdyby nagle tak świat się zmienił. Jest dobrze jak jest. Owieczkami olsztyńskiego księdza są chyba wyłącznie tryki. Za domniemanego gwałciciela się pomódlmy, żeby chłopinie czasem z tych stresów w przyszłości Viagra potrzebna nie była. Jestem nieobiektywna? No jestem! Ksiądz może, to czego się spodziewać po feministycznej felietonistce.

Co było z Anetą K.? Wiadrami pomyje wylane. Nie śledzę tej sprawy, ale spora część opinii publicznej działa tak, jak proboszcz z katedry olsztyńskiej. Zanim się wypowiedział sąd. Już wiedzieli, kto tam był winny.

I na koniec jeszcze jedna myśl. Skoro księdzu wolno przedmiotowo traktować kobiety, a jest wzorcem, to z pewnością rozgrzeszony się czuje każdy macho, co podmacuje i podszczypuje. Zamiast znaku pokoju, znak przyzwolenia. I mogę się zastanawiać, czy Jezus był feministą, jak to kiedyś robiłam. Mogę. Na razie jednak widzę, że niektórzy jego słudzy dobrze się czują w patriarchacie. I pewnie wierzą, w związku z tym, że pod powabnym i wdzięcznym opakowaniem, kobieta jest worem z nieczystościami. A niechże się za nich pomodli św. Katarzyna ze Sieny – doktor kościoła. We mnie nie ma chrześcijańskiej cnoty miłosierdzia i wybaczenia.  

01:31, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (27) »
wtorek, 04 marca 2008
Katolicki głos w twoim domu, czyli schizma

Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? Odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy. (Mateusz 22,37-40)

Będziesz więc miłował Pana, Boga twojego z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. (Księga Powtórzonego Prawa 6,5)

Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz miłował bliźniego jak siebie samego. (Księga Kapłańska 29,18) 

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,4986175.html

http://www.tvn24.pl/-1,1541005,wiadomosc.html

http://www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4933553.html

http://www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4919646.html

http://www.gazetawyborcza.pl/1,75248,4985710.html

Czy istnieje w Polsce kościół katolicki? Stawiając to pytanie zastanawiam się, czy chodzi mi o wspólnotę, czy też o strukturę hierarchiczną. Jednakże, bez względu na to, o co pytam mam dziwne wrażenie, że nie istnieje jednolita formacja, posiadająca zbieżne cele. W tym wszystkim żal mi najbardziej osób wierzących, które muszą żyć i modlić się nie tyle nawet w bałaganie, ile w chwili przełomu i rozpadu.

Zacznijmy od początku. Kilka tygodni temu pokłóciłam się w czasie deszczowego spaceru – może bez wrzasków i wyrywania sobie włosów, bo wszystko zakończyło się wspólnym żuciem obwarzanków, ale wtedy dobitnie uświadomiłam sobie, że coś jest nie tak. Bo, jeśli dobrze rozumiem, to będąc osobą wierzącą, nie mogę sobie wybierać, co mi w Kościele odpowiada, a z czym się nie zgadzam. I nie chodzi mi tu o np. zmianę miejsca, w którym bywa się na niedzielnej mszy, bo proboszcz głupawy, a ja na wolę inteligencję jezuitów, tylko o całościowe relatywistyczne podejście wyboru. O dogmaty mi chodzi, o pryncypia, o Ewangelię... Można dyskutować, można wątpić, można rozmyślać, ale... I tu właśnie rodzi się we mnie pytanie, jak współcześni katolicy polscy radzą sobie ze schizmą dziejącą się właśnie na ich oczach. I co w tej sytuacji mają robić?

Arcybiskup Życiński, w dość delikatny sposób potępia imprezy, których organizatorem jest także kościół katolicki – odmiany rydzyjnej. I co z tego wynika? Nic, absolutnie nic. Nie wierzę w to, że po wypowiedziach Życińskiego, cokolwiek się zmieni. Nadal będą organizowane spotkania, pod auspicjami znanego radia, organizowane przez parafie. Czy to w kościołach, czy to w salach parafialnych. To znaczy, że biskup sobie, a jego podwładni sobie. Biskup przypomina słowa Jana Pawła II, a odpowiedzi części wiernych wystarczy przeczytać sobie pod linkowanymi artykułami i zdać sobie sprawę, że to heretycy. Nota bene – jeden biskup potępia, a inny – Małysiak – uczestniczy w spotkaniach. Przyznam się, że ateistka-relatywistka czuje się nieco skonfudowana. Do tego jeszcze dodajmy wywiad z nowym prowincjałem redemptorystów, który mówi, że nic nie mówi i obraz zaczyna się dopełniać. To ile mamy kościołów katolickich w Polsce? Bo ja zaczynam się gubić, bo każdy sobie rzepkę skrobie – a co ma zrobić szeregowy wierny?

W kościele było kilka schizm, poczynając od wschodniej, kończąc na tej arcybiskupa Lefebvre, który nie chciał zaakceptować zmian zatwierdzonych na Soborze Watykańskim II. Jednakże wszystkie te schizmy, to był pipek, przy tym, co dzieje się teraz w naszym kraju. Co jest dla katolika najważniejsze? To proste: będziesz miłował Boga i będziesz miłował bliźniego, jak siebie samego. I tu nie ma dyskusji. Podstawa, opoka, jak nie kochasz tego drugiego z całej duszy swojej i całego serca swego, nie jesteś w stanie się dla niego poświęcić, nie nadstawiasz drugiego policzka to nie jesteś rzymskim chrześcijaninem.  Koniec. Nie chcę być niegrzeczna, ale chyba też nie będziesz zbawiony, ale co ja tam się znam na miłosierdziu bożym.

A jak wygląda sytuacja w polskim kościele? Pewien odłam – schizmatycy – nienawidzą z całych sił. I dają temu codziennie wyraz. I co z tego wynika? Ano nic. Kompletnie nic poza zapewnieniami hierarchów, że się przyglądają, że dyskutują. Wy sobie gadacie, a tu macie schizmę. W sumie należy wam się to i wcale mi was nie żal, bo na wszystko sobie zasłużyliście. Mnie tylko żal tych owieczek, które uczestniczą w mszy z pęknięciem w duszy. A czy pęknięcie jest? Proszę posłuchać satyrycznego programu na TOK FM, zatytułowanego Woobie Doobie, do którego dzwonią wojownicy zarówno jednej, jak i drugiej strony. Jedni – schizmatycy – mówią, że są oczywiście prawdziwymi, Polakami i katolikami dodając kilka słów o nienawiści do całego świata. A drudzy odcinają się od tych pierwszych, a  przecież nie wolno im tego robić, bo są siostrami i braćmi w wierze, chyba że podział kościoła nastąpił, a ja niczego nie zauważyłam. Kościół to wspólnota i instytucja, nie wolno sobie mówić pod sklepem, czy w radio, co jest prawdziwe, a co nie. Kto ma słuszność, a kto jest heretykiem? Na razie jest jeden kościół. I jest nim zarówno ten tygodnikowopowszechny, jak i ten rydzyjny. I niestety instytucjonalnie (wspólnota chyba już jest po rozpadzie) to nadal jest to samo. Bardzo mi przykro z tego powodu, bo ja jestem gorącym zwolennikiem obecnej schizmy. Niech już się dokona i będzie po wszystkim.

Hierarchowie oczywiście nie widzą, albo nie chcą widzieć, że jakaś grupa uderza w podstawy wiary, bo w końcu albo będziesz miłował, albo możesz spadać na szczaw. Nie wiem, z jakiego powodu odeszli z kościoła Obirek, Bartoś i Węcławski, ten ostatni najbardziej spektakularnie, bo także z dokonaniem apostazji. Ja się im nie dziwię, bo albo jest podstawa o miłości, albo nie. Bo w końcu tak, ma oznaczać „tak”, a nie – „nie”. Mnie to nie dotyczy, ale niesłychanie martwi, bo malkontencka mamusia jest wierząca, malkontencki tatuś i siostra takoż. A ja ich bardzo kocham i mi smutno, że mają taki problem, że muszą żyć z takim kamieniem. Niech już wreszcie papież wyklnie heretyków przynaglony do tego przez cześć polskich hierarchów, bo na gesty miłości, to już chyba za późno. Ja wiem, że milsza ta owca, co się odłączyła ze stada, że trzeba próbować. Jednakże czasem owce nie chcą współpracować z pasterzem i trzeba pozwolić im na to. Trudno – wolna wola... To też jedna z podstaw. Przywilej z samej góry...

14:30, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (23) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48