|
Blog > Komentarze do wpisu
CK-czkawka, czyli wstręty i sentymenty
Bierze się do tego celu (Boy) http://lizzardo.wordpress.com/2007/11/25/dziadek-jozek-czyli-ck-czkawka Lizzardo się zastanawia nad fenomenem ukochania przez krakusów monarchii austrowęgierskiej, mnie jedynie czasem krew zaleje, jak się na przykład w oczy Mazana, albo Makłowicza spojrzę. I widzę załzawioną tęsknotę za czasami, których żaden z panów nie przeżył, a żyje w klimacie wspomnień. Wspomnień, raczej chyba fantazmatów. Owszem, owszem, nie ma się co sprzeczać, że zabór austriacki najłagodniejszy był. Nikt nie mówił o końcu złudzeń, nikt arcybiskupa nie aresztował, wręcz przeciwnie, ale o tym za chwilę. Właśnie cicho i spokojnie, w owych fantazmatach jest, jak u bozi za piecem. Uciekanie przez granicę, by do rosyjskiego wojska nie trafić. Publikowanie tekstów, które nie mogłyby się ukazać nigdzie indziej. Czego się czepiam? Małopolskiej prowincji chociażby, która pod panowaniem słodkiego Prohazki, jak mawiają o nim Czesi podupadła bardzo. Te małe poletka, bieda, glina, wszy i smród. Tego wszystkiego pewnie z dalekiego Krakowa widać nie było, a tym bardziej już z „Widnia”. Szkoda, że w tym naparze kawusi z ciasteczkiem na Plantach, jakoś mało widać historyczną prawdę, rzetelną ocenę wydarzeń, a jedynie sentymenty. Środowiska konserwatywne, poczynając od tych politycznych, a na dziennikarzach i publicystach kończąc nadają ton. Ograniczenie roli sejmów krajowych, czy ugodowe pisarstwo spod znaku „Teki Stańczyka” nurzające w błocie pamięć o powstaniu styczniowym. Oszczercze teksty o możliwych defraudacjach finansowych dowództwa narodowego zrywu i nazywanie ich głupcami. Siedźmy na swojej miedzy, ciepło tu i przytulnie, w ulubionej kawiarni rano kelner poda kawusię z pianką oraz ukochany „Przegląd”. Arcybiskup Puzyna odmówi pochowania wieszcza romantycznego, którego prochy znajdą się w Polsce dopiero w czasach niepodległości i powie coś o „patriotyzmie ulicznym” przy okazji pięćsetnej rocznicy Grunwaldu. Mszy oczywiście nie odprawi, chyba nikogo to nie dziwi. Fakt, że nie chciał samobójcy pochować też chyba dziwnym nie jest, nawet jeśli zasłużonego dla kultury. Och jakież wspaniałe jest życie pod panowaniem takiego władcy jak Franciszek. Co prawda na węgierskich współbraci wezwano rosyjskich żołnierzy, wielu z nich zginęło, wielu uciekło, wielu zesłano, uwięziono, majątki skonfiskowano. I Bema rapsod tam rozbrzmiał, jednak chyba zbyt cicho, by usłyszanym być w Krakowie. „Polsko, Polsko! Ja Cię już nie zbawię” – czy w słodkim zastygłym czasie, znad serniczka wiedeńskiego coś słychać? Legiony Dulskich bogobojne, wiernopoddańcze i jakiś wichrzyciel co na islam przeszedł? A fuj! Przewróćmy następną stronę gazetki i dowiemy się z rubieży wspaniałego świata, jakie bale organizuje się właśnie w stolicy. Socjaliści? Furda. Damy na mszę za duszę Podbipięty i zaraz poczujemy się lepiej. Nam nadal pasuje konik przed tramwajem elektrycznym, jako żywy okaz tradycji, którą tak szanujemy w obliczu postępu. W 1880 uroczy dziadeczek z wąsem odwiedza Galicję. Dzieci z kwiatami, matrony wciśnięte w gorsety i ściśnięte w tłumie, a wszyscy panowie radcy wypomadowani. Pełnia szczęścia. Nie mam zamiaru przedstawiać tutaj tabelki z poszczególnymi wydarzeniami historycznymi. A po co? Kto chce sam fakty sprawdzić może. Porównać, chociażby, działalność społeczną w zaborze poznańskim, np. słynne kasy księdza Marcinkiewicza i lenistwo galicyjskie. Nieróbstwo, słodki bałaganik, smrodek, brudek, konserwatyzm, dulszczyznę. I powoływanie się na słynne wystąpienia modernistów nic tutaj nie pomoże. Wystarczy sobie przypomnieć, co o szanowanych pisarzach krakowskich Brzozowski pisał. Dziś już całkowicie zapomnianych, a wówczas siedzących na ciepłych posadkach i pieszczących lukratywne synekurki. Do tego wszystkiego tęsknią pan Mazan i Makłowicz? Ja nie. Chłopskie dzieci z Małopolski nie tęsknią za tamtymi czasami. Może oni, krakowscy dziennikarze, liczą na to, że też załapaliby fuchę w jakimś pisemku? A jeśli pasaliby gęsi, z nogasami oblepionymi błotem i guanem? Drapaliby świerzb i wszy iskali? Co takiego wspaniałego jest w czasach zwycięstwa konserwatyzmu i zastoju? Za czym tęsknić? Za wojakiem Szwejkiem, którego autor pisze o absurdach obesranego przez muchy portretu. Strawestuję dzielnego wojaka i rzeknę, że dawniej to ludzie bywali mądrzejsi, chociaż co poniektóry to i wtedy bywał głupi. Ślizganie się po powierzchni tekstu Haška, wyłapywanie komediowych smaczków. Niechęć dostrzegania upadku świata skarlałego, chorego i paskudnego. Nie chcę negować tamtych czasów, ale apoteoza? Czego, no właśnie czego? Co było tak wspaniałego w panowaniu Franciszka Józefa. U Makłowicza ślady widzę, brak higieny przy przygotowywaniu posiłków. Ewidentnie małopolskim brudkiem zajeżdża. Czysta koszula, ale majty obesrane. Nie widać, przecież, bo pod spodem. Moja Galicja, różna. Jednakże jeśli czerpać wzorce, to zdecydowanie nie z czasów upadku i degrengolady. A poza tym też jestem z tych sans rire pęsów... Dobranoc Państwu. poniedziałek, 26 listopada 2007, socjopatyczna_malkontentka
Komentarze
lizzardo
2007/11/26 02:45:39
To teraz przynajmniej domyślam się dlaczego Kasprowicz poszedł do Lwowa, a Przybyszewski do Berlina :-) W każdym razie to ciągle enigma :-) Dziękuję i w pas się kłaniam.
2007/11/26 02:46:06
I pomyśleć, że ci konserwatyści, dobrze ustawieni ziemianie po pogonieniu w diabły galicyjskich demokratów, mieli nawet swoich ludzi w najwyższych władzach wiedeńskich, w ministerstwach skarbu, finansów i co? paluszkiem nawet nie kiwnęli, żeby cokolwiek we własnym domu poprawić. Chłop jak bidny był, tak został... I jeszcze tak sprytnie z cenzusem wyborczym pomajstrowali, że łatwiej było się do parlamentu wiedeńskiego Polakom dostać, niż do krajowego - galicyjskiego. Takiemu np Daszyńskiemu, znana sprawa. Bo w ck monarchii po 1907 r. było już powszechne, demokratyczne prawo wyborcze, czego Galicja nigdy nie doczekała. Z woli zaśniedziałych elit.
Toteż i ja żadnego sentymentu nie czuję, żadna łezka mi się nie kręci, i podobnie tego sentymentu nijak nie rozumiem. Pewnie powstał na zasadzie, że na tle reszty Franciszek Józef robił nieco lepsze wrażenie. Tylko po co przenosić szacuneczek dla spokojnego ck władcy na całą galicyjską rzeczywistość? Jakiś postkolonialny kompleks się odzywa, czy co? 2007/11/26 03:20:12
lizzardo, zobacz historyczka specjalistka ma hipotezę. Pasuje mi ona: postkolonializm :)
2007/11/26 14:54:37
ej! Przybyszewski to akurat do Krakowa z Berlina przyjechał a nie wyjechał. Zresztą zaliczył wszystkie trzy zabory i skończył życie tam gdzie zaczął. A Kasprowicz urodzony w zaborze pruskim pół życia spędził we Lwowie a ostatnie lata życia spędził w Małopolsce w Tatrach koło Poronina. Ja tylko tak dla ścisłości :-)
2007/11/26 15:48:47
widzisz lizzardo (trzymaj się faktów, bo tu zaraz ktoś sprostuje), faktem jest że życia kulturalnego nie można im zarzucić. Jednakże nadal podtrzymuję kwestię w sprawie spleśniałego towarzystwa, o którym pisał Brzozowski.
2007/11/26 18:37:44
Odwodnik - Z Przybyszewskim się zagalopowałem, przyznaję się i łapy nadstawiam :-)
2007/11/26 19:44:06
Droga Malkontentko!
Swiete slowa! Ja tej rzewnej tesknoty za Jego Wysokoscia Franciszkiem, wygoda i hipokryzja rowniez zniesc nie moge. U nas, w Krolestwie, moze i trudniej bylo, ale przynajmniej nikt za tym ruskim zaborem nie teskni. Pozdrowienia, -Sorbet, nie-Galicjanka 2007/11/27 10:09:11
Wpis swietny, malkontentko. Ozywil we mnie, pewnie neichcacy, zapiekla moja niechec do Krakowa i jego zardzewialego konserwatyzmu.
2007/11/27 10:47:12
O, właśnie! Nikt w ruskim zaborze nie tęskni - to chyba gorzej było?
I na pruskim zawsze jeżdżono jak na łysej kobyle, bo jak tylko kto wspomniał "kasy księdza Marcinkiewicza", to mu zaraz oczy wykłuwali zniemczaniem na potęgę. Dola chłopów? A tym kto się przejmuje? Nawet teraz, tylko oni sami. To jedna "komuna" tym chłopom dobrze zrobiła, nie ujmując sobie, (nie jestem za komuną.) Chłop wcale nie pragnie pracy w pocie czoła, zostawiony swoim decyzjom pogrąża się w słodkim, choć ubogim nieróbstwie, do dziś. Inni też zresztą, ja na chłopów jako takich nie napadam szczególnie. "Nie ma się co sprzeczać, zabór austriacki najłagodniejszy był" - a kto wie, czy nie dzięki temu, że był, Polska zajmuje dziś miejsce na mapie? To właśnie tam drukowali, mówili, podtrzymywali, nauczali. Polskości. Kto wie, gdybyśmy w całości trafili pod zabór pruski, język polski istniałby może tylko w księgach języków zaginionych. To dywagacje takie, ale czego się czepiasz Makłowicza? A czy on za wszystkim z tamtego świata tęskni? Może tylko nie chce wrzucić do jednego wora złego i dobrego, jak to my Polacy mamy w zwyczaju. Apoteoza czasów? U Makłowicza? Że o higienie nie wspomnę...niesmaczne. Bo na podwórku gotuje? Bo palce oblizuje? Bo czasem coś zje, co podniesie z trawy? Ty zawsze myjesz truskawki z ogrodu? Ale do garnka czyste wkłada. 2007/11/27 11:12:23
Szanowna Gospodyni
For the record: mój pradziadek był biednym chłopem w zaborze austriackim (okolice Dukli). "Zaliczył" kilkadziesiąt lat panowania Franza Jozefa (włącznie ze służba w artylerii we Włoszech podczas pierwszej wojny), dwudziestolecie międzywojenne i kilkadziesiąt lat komuny. Podobno zawsze najlepiej wspominał czasy "cesarza". Nie twierdze, Bron Boże, ze generalnie nie masz racji. Ale może chociaż na tle sanacji a potem PRLu, C i K monarchia nie była dla chłopów taka zła? 2007/11/27 18:06:20
kambuzela, wpis o higienie Makłowicza, był tu osobny, jakiś rok temu. Wybacz, czym innym jest truskawka z grządki, a czym innym mieszanie, oblizywanie i powtórne do gara wkładanie, a następnie gościa częstowanie. Wybcz, ale na mnie to działa rzygawicznie. Makłowicza się czepiam, jako jednego z przedsawicieli apoteozy. podobnie jak Mazana.
W kwestii języka polskiego w zaborze niemieckim proponuję przeczytać trochę o stanowisku na ten temat pozytywistów. Częśc z nich uważała, że właśnie trudne warunki uczą zaradności. Polska mniejszość w parlamencie Rzeszy to był poziom. Twardzi, prężnie działający, odważni. gdy aresztowano arcybiskupa Ledóchowskiego zjednoczyło się wiele środowisk w tym ateistycznych. Więc uprzejmie proszę, bez takich, że tam nauczali i podtrzymywali. Bo w Prusach także, w Królestwie tak samo. Wracajac do Makłowicza, to piszesz, że nie wrzuca do jednego wora. otóż wrzuca i o tym jest cały tekst, w jaki sposób wrzuca on i jemu podobni. ail4a: czy wspomnienia Twojego pradziadka (z całym szacunkiem) mamy uznać za obiektywne? Bywało i tak. Zgadzam się, że Twój pradziadek mógł mieć taką wizję. Ale byli tez inni pradziadkowie. Nie tylko moi. Na tle sanacji (dopiero po 1926, prosze nie zapominać) i PRLu piszesz. I te dwie rzeczy wrzucasz do jednego woreczka? Gospodarczo, politycznie? Jak? 2007/11/27 18:37:14
"czy wspomnienia Twojego pradziadka (z całym szacunkiem) mamy uznać za obiektywne?"
No cóż, pisałaś także i o chłopach, że było im źle. Nie neguję tego (po pierwsze, mam za małą wiedzę, po drugie, alboż to kiedyś było im dobrze?). Wydaje mi się jednak, że _jakąś część_ sentymentów do "K und K", które Cię tak irytują _może tłumaczyć_ taka opinia pradziadka. Żył w tamtych czasach, i myślę że "obiektywnie" jemu najbardziej pasował Najjaśniejszy Pan. Przeciwstawiony władzy międzywojennej i powojennej. To byli bardzo biedni ludzie, taka klasyczna galicyjska małorolna bieda, dzieci w zimie chodzące bez butów, jedna krowa, etc. Nie sądzę aby "dulszczyzna" była motywem sądów pradziadka. Po prostu za FJ bieda była względnie mniejsza niż potem. I tyle. Co do mieszania sanacji i PRL. Aj, mój błąd, przepraszam. Chodziło mi o określenia czasu. C i K monarchia do 14 roku, 18-39 II RP, 45-aż do śmierci rzeczonego pradziadka - PRL. Wojny wyjmuję, bo ciężko porównywać wojnę z pokojem. "Sanacja" pojawiła mi się zamiast II RP może dlatego, że rodzinne wspomnienia z tamtych czasów _kojarzą mi się_ "sanacyjnie". Tak czy inaczej, dałem plamę :-( 2007/11/27 19:14:28
detal, skrót myślowy :)
W sumie własnie w Małopolsce w czasie II RP sporo zrobiono. Oczywiście, jesli rodzinne wspomnienia sanacyjne, to się nie dziwię, że ten czas się brzydko kojarzy. I rzeczywiście, swięty spokój za CK może być nostalgiczny w tym kontekście. Mnie jedynie nie podoba się apoteoza CK. A ocena, że bywało i ta i siak to już jak najbardziej. Sama, tutaj, przedstawiam drugą stronę medalu, kontrę dla apologetów, którzy mnie wkurzają. |
|